Wszyscy jesteśmy dumni
Przypomnijmy podstawowe fakty: Boeing 767 SP-LPC należący do PLL LOT wystartował z Newark koło Nowego Jorku o 22:55 czasu lokalnego. Na pokładzie było 231 osób. Lądowanie zaplanowane było na godzinę 13:35 czasu warszawskiego, ale około 10 minut wcześniej pilot zgłosił wieży kontroli lotów problemy z podwoziem. O godz. 13:27 ogłoszony został alarm i rozpoczęły się przygotowania do przyjęcia awaryjnego lądowania. Przez następne kilkadziesiąt minut samolot krążył w powietrzu, a załoga gorączkowo próbowała wysunąć zablokowane podwozie.
– Próbowaliśmy nawet metody grawitacyjnej, wymuszając zwiększone przeciążenie samolotu. Ale nie udało się. Na jakieś 3-4 minuty przed lądowaniem uświadomiłem sobie, że będziemy siadać „na brzuchu” – wspominał później kapitan Tadeusz Wrona.
Na ziemi w tym czasie trwały przygotowania do awaryjnego lądowania. Pas startowy pokryty został warstwą piany, która zmniejsza tarcie a równocześnie chroni samolot przed pożarem.
Dokładnie o godz. 14:38 samolot podchodzi do lądowania. Kapitan Wrona wymienia ostatnie informacje z wieżą kontroli lotów. - Powodzenia - słyszy na koniec.
Maszyna zaczyna zbliżać się do pasa startowego i... ląduje najlepiej, jak to możliwe w takiej sytuacji. Samolot spokojnie sunie po drodze startowej. Na asfalcie zostają tylko niewielkie białe rysy.
- To był najtrudniejszy moment. Od tego jaka będzie trasa przemieszczania się samolotu po pasie, czy nie zboczy gdzieś na trawę, nie przewróci się, nie złamie, zależała nasza reakcja. Te kilka sekund ciągnęło się jak wieczność – wspomina Cezary Adamiak, Dyżurny Operacyjny Portu, kierujący akcją ratowniczą.
Po wyhamowaniu maszyna stanęła niespełna pięćdziesiąt metrów za skrzyżowaniem dróg startowych (zbyt blisko, by można było później używać drugiego pasa do startów i lądowań). Chwilę później obsługa samolotu otworzyła drzwi i wszyscy pasażerowie w niespełna 90 sekund opuścili pokład. Nikt nie został nawet ranny.
- Szczęście nam sprzyjało – mówił później Michał Marzec, dyrektor Lotniska Chopina.
Szczęśliwe zakończenie lądowania było możliwe przede wszystkim dzięki kunsztowi pilota, który – mimo ogromnego stresu – nie popełnił najmniejszego błędu. Ale równie ważne, choć niedocenione w mediach relacjonujących zdarzenie, było przygotowanie i doskonała reakcja naziemnych służb ratowniczych. Podkreślał to później nawet sam kapitan Wrona.
Wszyscy pracownicy lotniska, którzy uczestniczyli w akcji 1 listopada, zgodnie przyznają, że był to wielki test dla sprawności służb i procedur.
- Praktycznie nikt z nas nie miał możliwości przerabiania tego w rzeczywistości. Było to pierwsze tego typu doświadczenie nie tylko dla nas Dyżurnych Operacyjnych Portu, ale i dla pozostałych służb lotniskowych. Uważam, ze wszystkie służby dały z siebie wszystko i jestem dumny, że ze pracuję z ludźmi, co do których mogę mieć zaufanie i wiarę w ich profesjonalizm – mówi Cezary Adamiak.
A ja chyba mogę dodać, że wszyscy jesteśmy z nich dumni.
Przemysław Przybylski
Rzecznik Prasowy Lotniska Chopina
Nie
Nie

